niedziela, 13 marca 2016

Z martwych wstanie

Toż to prawie rok minął, jak nie zbrukałem przestrzeni Internetowej swoją pisaniną. Co najdziwniejsze - po roku prawie wciąż ktoś na ten blog wchodzi. Nie wiem dlaczego licznik na bloggerze pokazuje, że to mieszkańcy Tajlandii - wciąż jednak jestem wdzięczny i dziękuje Wam wspaniali tajowie -obojętnie Panie, Panowie czy coś pomiędzy.

Cóż to stało się prze ten rok wartego opisania?

W polityce naszego kraju z pewnością dużo. Ci co siedzieli teraz maszerują, Ci co maszerowali teraz siedzą. W pałacu prezydenckim osiadł człowiek, który nie jest na bakier z ortografią, za to jego nazwisko w sposób jednoznaczny zachęca do wielu żartów dotyczących defekacji i części ciała wykorzystywanych do korzystania z krzesła. Premierem została kobieta, która zastąpiła na tym stanowisku inną kobietę  - no pokażcie mi drugi taki kraj - czysty feminizm.... Jednocześnie nikt nie ma wątpliwości, że krajem faktycznie rządzi bagatelnej postury, ale niebagatelnej wymowy - młody gniewny miłośnik awiacji.  

Jak już pisałem - wszystko obróciło się po 8 latach o 180 stopni - co wywołuje ból istnienia u części (znaczącej) tych, co byli tam a teraz są tu. Bo tu nie jest tak dobrze, jak było tam. No i Ci co są tu bardzo próbują się przytulić do tych, co tu są od dawna jak i zmobilizować ich na tyle, żeby zrobili tak, żeby oni znowu byli tam. W każdym razie część społeczeństwa bawi się w Solidarność bis, a druga część upita jest przejęciem władzy i że teraz to my tym wszystkim ...... pokażemy. Na szczęście na razie ani bojówki KOD-u ani bojówki PiS-u nie chodzą po ulicach i nie pytają: Za kim jesteś? - niezdecydowanym spuszczając prewencyjny - przepraszam za łacinę - wpierdol. 

Za to Leo dostał nagrodę główną z akademii filmowej JUŁESEJ. Dostał ją wreszcie, bo był sześć razy nominowany i razy pięć zawód na twarzy mu się malował, smutek, że nie on, że kto inny, że znowu internet cały będzie sobie jaja robił. Ale nie w tym roku - oj nie. W tym roku dłonie Leo spoczęły na statuetce pozłacanej. Co prawda w opinii piszącego te słowa Leo miał role lepsze - ale w "Zjawie" postać którą grał, została zniszczona w sposób porównywalny jedynie do tego, jak tylko polska skarbówka może zniszczyć podatnika. Więc Leo (uwaga spoiler) był pobity prze niedźwiedzia, pobity prze ludzi, potraktowany nożem, połamany, zabito mu syna, spadł z koniem w przepaść po czym, żeby się ogrzać w noc mroźną, we wnętrznościach konia się skrył (nago). Tutaj zachodzi podejrzenie, że Akademia oskara dała, bojąc się co Leo zrobi w następny filmie, żeby występ w "Zjawie" przebić (ponoć gdyby oskara nie dostał - Leo planował nakręcić jak wstępuje do PiS i udziela się w Grupie Legionu Maryi).

I Adele wydała nową płytę z taką znaną piosenką "Hello", która jest o komplikacjach w relacjach uczuciowych. Jest to nowość, ponieważ wszystkie poprzednie piosenki Adele były o  komplikacjach w relacjach uczuciowych, więc można powiedzieć, że doszło do pewnego przełamania schematu. Nie zmienia to faktu, że Adele przebiła wszelkie możliwe rekordy sprzedaży i ma tyle hajsu, że pewnie codziennie kupuje świeże pieczywo. 

 Tutaj zakończę tego posta  - czytelnicy wybaczą brak puenty - ale żadna w niedzielny wieczór nie przychodzi mi do głowy, a połączyć polską politykę, Leo i Adele w zgrabną puentę - to zadanie niewykonalne na trzeźwo i bez twardych narkotyków, a ja jutro do pracy iść muszę.  

 
 

 

sobota, 2 maja 2015

jadu wylanie na teledysk bezbronny...

Tematu na posta nie miałem. Posucha w głowie jak na Saharze... Weny żadnej, praca tylko na zmianę z jakąś imprezą się przewijającą, tudzież inną aktywnością, teatrem czy też kinem zwaną (ewentualnie aktywność fizyczna - bo wiadomo, że równowaga między ciałem a duchem być powinna)... Wartego jednak do opisania nic. Trwałem tak w beznadziei, aż urodziny ojca mego na horyzoncie się pojawiły. Celem zakupienia rodzicielowi podarku jakiegoś, udałem się do jednej z sieci supermarketów oferującej elektronikę - aby gadżet jakiś elektroniczny dla ojca nabyć.  

Błądziłem zatem, niczym Tezeusz w labiryncie albo Macierewicz w aktach prokuratorskich, między regałami sklepowymi, poszukując świętego Graala prezentowego. Błądziłem tak bardzo, że zaszedłem do sekcji zajmującej się telewizorami wszelakimi. W sekcji owej wyświetlane są rzeczy (na tych telewizorach wszystkich) różne, różniste... W tle jednak muzykę słychać zawsze  tę samą, że człowiek może dostać tzw. "pierdolca" - jak widzi np. urywki filmu akcji, gdzie ktoś kogoś morduje i się strzelają, a w tle mu leci przebój jakiegoś polskiego wykonawcy pop - gdzie tekst jest zupełnie o niczym.

Tym razem w tle dziewczę jakieś młodociane śpiewało, głosem słodziutkim, acz pustym jak pusta może być tylko flasza półlitrowa wódki (albo wina przy spotkaniu kobiet najpiękniejszych) po spotkaniu z przyjaciółmi. Przy jednym z telewizorów stała para dziewcząt, na oko w przedziale wiekowym 10 - 12 lat, które zafascynowane w coś się wpatrywały. Po bliższych oględzinach co też był wyświetlane (bom zaciekawionym był, w cóż też młodzież polska może się wpatrywać tak bardzo) stwierdziłem, że to teledysk jest i że jest to teledysk do piosenki, co z głośników supermarketowych uszy kupujących atakowała. Na ekranie prężyła się jakaś blondyna, o kształtach z goła nie rubenskowskich - w sensie szczupła bardzo była. Śpieszyło mi się, więc teledysku nie obejrzałem do końca, ale postanowiłem, że jak już do mojej sadyby dotrę, to sobie teledysk zobaczę. Wtedy może, mimo lat 30 na karku, też zachwyt rzeczony poczuję.

No jednak nie poczułem...

Teledysk ów, to był teledysk niejakiej Taylor Swift i opowiadał on, a jakże, o miłości nieszczęśliwej - że poznała takiego złego strasznie chłopaka i chłopak ten był taki niedobry - huncwot z niego był straszny, a ona się zakochała a on skrzywdził ją okropnie... W psychologii to się chyba nazywa rysem masochistycznym... W każdym razie zafascynowała mnie głupota tego teledysku, jak i przeraziło mnie, jakie straszne pierdoły w tej hameryce wymyślają.

Teledysk teraz, w stylu właściwym dla mnie, czyli dalece złośliwym, poniżej opiszę. Pragnę jednak, aby czytelnik najpierw teledysk rzeczony zobaczył i empatycznie odczuł cierpienie moje, na które się sam naraziłem, celem napisania niniejszego posta i rozbawienia (mam nadzieje) szanownego czytelnika. Zważyć także należy, że bez teledysku zobaczenia, sam wydźwięk posta w dużej mierze będzie hermetyczny i niezrozumiały. 

I tak - oto teledysk:



Jadąc czasowo:

0.00 - 0.50 - Tajlor budzi się na jakimś piachu. W koło rozrzuconych przedmiotów jest wiele. Jakaś wstążka biała (srajtaśma ?!?!?!) Nikt nie tłumaczy, czemu usnęła na piachu... może lubi tak na piachu. Aczkolwiek patrząc na jej zdziwienie rysujące się na twarzy, możemy dojść do wniosku, że ona nie bardzo chciała na tym piachu usnąć. Że miłość jej do piachu, jest miłością czysto przypadkową, niezaplanowaną i że ona już więcej na tym piachu sypiać nie będzie.

Tajlor nie akceptuje także, okalającego ją, krajobrazu jak po zjeździe przyjaciół radia maryja na Jasnej Górze. Tajlor raczy nas przy tym monologiem, który zawiera przebitki na jakieś wydarzenia - prawdopodobnie zaszłe - co ją do tego piachu nieszczęsnego doprowadziły. W przebitkach tych pojawiaj się młodzian, wyglądający jak spłoszony opos, który chyba jest przyczynkiem, że Tajlor w takich warunkach niekomfortowych nocowała (starszy widz teledysku pewnie zadaje sobie właśnie pytanie - Ciekawe czy od spania na ziemi gołej nie rwie jej w krzyżu? Przecie artretyzmu dostanie? Nerki się jej zepsują, zapalenia oskrzeli dostanie, pęcherz wysiądzie... Czy ktoś jej powiedział, że są łóżka? I dlaczego śpi na tej ziemi zupełnie sama? Czy to znaczy, że współbiesiadnicy śpią w łóżkach normalnych, a ona na tym piachu pozostawiona została samej sobie... okrutne to, zaprawdę, okrutne). Teledysk jednak się rozkręca - Tajlor (chwała Bogu) jeszcze nie zaczęła śpiewać.

0.51 - 2.03 - nasza niewiedza odnośnie piaszczystej epopei zostaje rozjaśniona, podczas dalszej część monologu Tajlor (przesłuchałem raz i pochorowałem się na tydzień - prawdopodobnie pisał to Paulo Coelho). Obserwujemy jak spłoszony opos, w stylowym kapelutku, "wyrywa" bohaterkę teledysku. Nie jest wiadomo czy użył uroku osobistego, czy też pigułki gwałtu - jedno jest pewne - wyrwał sobie blondynę. Co więcej - widać, że lata ona za nim i wpatrzona jest w niego, jak nie przymierzając - terrorysta w odrzutowiec. Tutaj upewniłem się, że teledysk promował będzie zaburzenie masochistyczne - czyli wiem, że będzie mnie źle traktował, ale i tak go kocham. Droga Tajlor - takie zaburzenia są uleczalne, naprawdę.... Od czasu kiedy czytałaś "Wstęp do psychoanalizy" Freuda, psychologia poczyniła ogromne postępy - nie wszystko jest już penisem albo waginą... serio. Nie musisz być źle traktowana, nie musisz spać na piachu wśród śmieci... Są na tym świecie dobrzy faceci, są łóżka, są czyste pokoje...

No.... ale o gustach się ponoć nie dyskutuje. Tajlor w ramach teledysku wybrała sobie oposa spłoszonego, co miał robić za tzw. bad boy`a (bed boja). Jak dla mnie, to opos w teledysku został pokazany jako z jednej strony kretyn, a z drugiej - kretyn :)
Tutaj już niestety zaczyna się muzyka - więc przerywam na chwilę pisanie, aby krwawiące uszy oczyścić.

2.04 - 2.40 - obserwujemy tutaj pierwsze chwilę tego masochistycznego związku. Główny samiec w teledysku prezentuje swoje radykalnie socjopatyczne zachowania, które przejawiają się skakaniem po torach kolejowych, oraz stawaniem w pozycji wyprostowanej na restauracyjnej kanapie oraz siedzeniu kabrioletu (już wiadomo czego Komor się przed Japonią naoglądał).

Jeżeli chodzi o skakanie po torach, to nie do końca rozumiem wydźwięk tej sceny. Co to wspólne skakanie ma oznaczać... Czy to jakaś sztuka nowoczesna? Przecież prawie dorosłe osoby nie skaczą dla przyjemności po torach kolejowych. Robią inne rzeczy - rozpytywałem znajomych i nawet najbardziej romantyczne pary zwykle gdzieś wyjeżdżają i widokami pięknymi się sycą, czasem to restauracji na obiad romantyczny pójdą - ale nie skaczą po torach kolejowych... Może to jakaś metafora życia jako ciągłej podróży - filozofia zen ukryta w teledysku dla niewydarzonych 12 latek... Nie wiem...

 I co z tym stawaniem na różnych przedmiotach i rozkładaniem rąk??? Chłoptaś ma jakiś deficyt uwagi? Uwagę innych klientów chce zwrócić uwagę? Ale po co... co mu przeszkadza, że ktoś chce schabowego w spokoju zjeść...
Drogie kobiety, wyobraźcie sobie, że idziecie na randkę z jakimś kretynem, który staje na różnych przedmiotach, przy tym jeszcze w knajpie pełnej ludzi... Zajadasz w spokoju jakiś kawałek mięsa, myślisz, że może to jest już ten właściwy (co ojcem dzieci Twoich będzie, z którym zestarzejecie się razem i parą słodkich staruszków będziecie), a kolo nagle wskakuje na stolik i coś krzyczy... No przecież to depresji można dostać... Zestresować się niezwykle mocno - że od razu trzeba by jakieś buciki albo torebkę ładną dla odstresowania kupić... no bo przecież po chuja on tak na tą kanapę wskoczył -sceny robi...a ja pół dnia przed lustrem dla niego... gupi chuj...

Stojąc na fotelu kabrioletu też ręce rozkłada, jakby co najmniej pachy suszył... (że też go nie zwiało z tego siedzenia, byłoby po kłopocie).

W międzyczasie oczywiście kilka przebitek, jak to Tajlor i opos uderzają w ślinę w różnych miejscach... Smutek, zniszczenie, depresja, termin na złożenie zeznania podatkowego...

2.40-2.55 - kolejne przebitki na Tajlor, która wyraża swoje rozczarowanie i niechęć śpiewając w jakiejś brudnej łazience... Dlaczego to zawsze musi być brudna łazienka? Gdzie oni znaleźli brudną łazienkę z pękniętym lustrem? Czy jest jakaś wypożyczalnia brudnych łazienek do teledysków o dziewczynach ze złamanymi sercami? Ile biorą za godzinę? Czy w polsce jest miejsce na taki biznes?

Rozważania kończę, bo oto opos wprowadza blondynę na koncert jakowyś - prawdopodobnie rockowy - bo ludzie tam skaczą straszliwie i odbijają się od siebie (co w nomenklaturze metalowej nosi nazwę pogo).

2.56 - 3.25 - przebitka na koncert rockowy, gdzie opos "idzie skakać w tłum", przy czym na potrzeby tego teledysku tłum, to jakieś 5 osób. Tajlor wciąż w niego zapatrzona ma wyraz twarzy, jakby od tygodnia przyjmowała znieczulenie miejscowe w każde miejsce twarzy ;) dalej idzie przebitka na pokój hotelowy, gdzie ..... nie nie ... nie ma sceny seksu. Ale o tym niżej:

3.25 -  3.35 - pokój hotelowy, gdzie tajlor i opos razem przebywają, przy czym on leży na łóżku a ona się jakoś wije i ociera o różne rzeczy w pokoju np. o drzwi. Opos wygląda jakby właśnie dowiedział się, że wesołe miasteczko w tym roku nie przyjedzie. Tajlor miota się po pokoju, jakby dowiedziała się, że jest gwiazdą popu...

3.36 - 3.50 - opos robi sobie dziarę - prawdopodobnie wyrazy "Wdech, wydech"- żeby nie zapomniał jak się oddycha, bo przecież on taki szalony i mogło by mu się popierdolić... Np. dwa razy wydech i ma zapaść, trzy razy wydech bez żadnego wdechu - i będzie mógł po wieczność skakać po torach w królestwie niebieskim.
Tatuaż ten tłumaczy także, dlaczego chwilę później widzimy Tajlor jak znowu śpiewa przy lustrze w łazience. To tam spędziła, z lubym oposem, najlepsze chwile ich wspólnego pożycia, kiedy to on wpatrzony w swoje odbicie, mógł mówić te dwa magiczne i najważniejsze w życiu słowa, których ona słuchała z taką uwagę, które tak bardzo chciała usłyszeć i które pozwalały wiedzieć, że on żywy jest przy niej. Dwa wspaniałe słowa "koch....." znaczy w tym przypadku "Wdech, wydech" (i to w odpowiedniej kolejności).

3.51 - 4.40 - scena kolejna, bardzo dosadna w swej wymowie (dla wprawnego obserwatora zawierająca sporo dawkę dydaktyki - o tym jednak poniżej).

Opos i blondyna wchodzą do baru - prawdopodobnie opos przyciągnął tam blondynę - bo słyszał, że w tej knajpie są nowe kanapy, na których on jeszcze nie stawał, a że to jego hobby jest, to żadnej kanapie nie mógłby przepuścić, żeby na niej nie stanąć.

W tle widzimy także, że jacyś panowie grają sobie w bilard. Zmęczeni pewnie po pracy, przyszli w paru wypić piwo i zająć się jakąś kulturalną rozrywką. Grają sobie spokojnie, nikomu nie przeszkadzają, aż tu nagle opos przechodzi i z racji tego, że on taki szalony jest i bed boj z niego jest wielki, trąca im bile. Opos szalony nie zauważa, że sam ma wagę ok. 25 kg (bez kapelusza ok 20 kg.) a trąca bilę chłopom o budowie ruskiego traktora, których jest jeszcze dodatkowo w barze kilku.

Zaczynają się utarczki słowne - które opos przyjmuje z uśmiechem na twarzy, pyskując jeszcze przy tym (no i co że bilę Wam trąciłem, jestem szalony i mam blondynę, wolno mi!!! - i psychiatrycznie się leczę na syndrom "popierdolenia") i wszczynając awanturę (czyżby on też był masochistą???), z mniejszym uśmiechem przyjmuje wpierdol, który dostaje od paru kolesi, do których kozaczył. Tajlor w tym czasie zapłakana chce walczyć o swojego wspaniałego oposa. Tajlor ogarnij się - to przecież kretyn jest, debil, idiota.. Ona nie słucha - dalej tarza się w piachu...

4.40 do końca (chwała Bogu) - ostatnia scena tego dramatu - Tajlor idzie z oposem na koncert kolejny. Tam ma wizję (może to dragi, a może się po prostu przejadła), na których opos inne lachony obmacuje i płyny ustne z nimi wymienia. Tajlor załamana myśli :"Przecież to ze mną miał tylko płyny wymieniać, dla mnie na przedmiotach rożnych stawał, dla mnie po torach skakał, dla mnie "Wdech, wydech" wytatuował... dla mnie... dla mnie... dla mnie... a teraz ... co on robi z tymi innymi... czemu nie ja... ach czemu czemu" i załamana uderza w kimę na piachu, w środku imprezy. Wiadomo, że dobry piach ma właściwości terapeutyczne i jak ona w tym piachu uśnie - to jutro wszystko będzie dobrze i wspaniale i z oposem znowu będzie po torach kolejowych skakać i płyny ustne wymieniać...

Jak wiemy - tak się nie stało ....

Kończę zatem post długi - więcej do supermarketu z elektroniką nie pójdę - ojcu na następne urodziny jagód i grzybów nazbieram, prezent może mniej efektowny, ale popkulturą się przynajmniej nie zatruje. :)     





wtorek, 7 kwietnia 2015

adwertizment im kino sejen

Nie przepadam za dużymi kinami. Jak tylko się da, chodzę do kin studyjnych gdzie: po pierwsze jest taniej (23 zł w kinie "zwykłym" kontra 12 zł za bilet w studyjnym), po drugie spokojniej, po trzecie bileterka mnie zna i mi miejsca najlepsze wyszukuje, po czwarte nikt za wszelką cenę nie chce mnie nakarmić dużymi ilościami soli i cukru - zwanymi popularnie popcornem i kolą.

Jednakże, w kinach studyjnych nie wszystko da się obejrzeć - o "duże" produkcje tam ciężko. A że bestią jestem, która różnymi tematami się interesuje, to lubię też nieraz zobaczyć film gdzie się "strzelają", a nie tylko problemy egzystencjalne do mózgu wstrzykują, że jak człowiek z kina wyjdzie, to się zastanawia jak toczy się egzystencja kostce brukowej i czy mijany kosz na śmieci jest aby na pewno szczęśliwy...

Wyżej opisane, jest jednak niczym w porównaniu z pianą jaką toczę z pyska, jak tylko pomyślę, że w multipleksie znowu będę karmiony tymi kurwa.... jak im tam... kurwa... REKLAMAMI...

 Pamiętam, że w czasach zamierzchłych, kiedy to telefony komórkowe miały jeszcze fizyczne klawiatury (czyli lat temu z 10), w kinach reklam było niewiele i nie denerwowały one, jak denerwują teraz. A może to we mnie, z wiekiem, jad wezbrał z żółcią i wylewają się teraz na biedne multikina, które jakoś zarobić na siebie muszą, bo 50 zł za seans (bilet plus żarło) to jednak za mało... i te reklamy nieszczęsne puszczają.

W każdym razie przechodząc do rzeczy - byłem ostatnio na filmie "Ex_Machina" - dobrym, który polecam. Byłem w multipleksie i całkiem świadomie (bo w studyjnym tego nie grali) naraziłem się na reklamy. Z natury jestem człowiekiem cierpliwym i spokojnym, więc pomyślałem - co mi tam - poświęcę te 25 -30 min. z życia i reklamy pooglądam. Kto wie, może świat stał się lepszy, może spece od marketingu robią reklamy mądre, które nie obrażają inteligencji widza, które do zakupu towaru namawiają subtelnie, a nie jak było dotychczas - starają się wcisnąć chęć zakupu bez wazeliny do dupy. No i jeszcze trailery...o filmach się nowych dowiem, kolejne ciekawe pozycje do obejrzenia wyłowię. Może będzie git... 

Och naiwności ludzka, nadziejo matko głupich...

Pierwsza zaatakował mnie z ekranu ogromna twarz Małgorzaty Kożuchowskiej, która wróciła już do świata żywych, zmartwychwstając po pełnej tragizmu śmierci w zderzeniu z betonową tekturą kartonów - jako Hanka Mostowiak.   (przypominam poniżej)


Po powstaniu z martwych  Małgosia trafiła do reklam... uprzedzając domysły... nie do producenta pancernej tektury... a do reklam sieci Orange. W reklamach tych, wraz z nową swoją rodziną, namawia do korzystania z rzeczonej sieci, w powszechnie reklamowo przyjętym, kiczowatym i pastelowym, środowisku domowym. Reklamy opierają się na znanym schemacie, że cała rodzina szczęśliwa, bo mają telefony z pomarańczy. Jak też będziesz miał, to też będziesz szczęśliwy. Producent przegiął jednak z pastelowością i żywiołowością barw- reklama wygląda, jakby kręcił ją ktoś po spożyciu dużej ilości halucynogenów, dodatkowo z nadwrażliwością na jasne światło. Tutaj podniosło mi się po raz pierwszy - womity jednak powstrzymałem, bo jestem samcem prawdziwym i na widok pastelowej Kożuchowskiej nie wymiotuje (pomogły także przywołane naprędce wizje wikingów pustoszących spokojne nadmorskie osady). 

Pomyślałem, że gorzej nie będzie... naiwny byłem, młody... głupi...

Nagle otoczyły mnie (cytując Lukrecujsza) flammantia moenia mundi (płonące ściany świata), bo o to na ekranie pojawił się trailer filmu z ... uwaga, uwaga... JENIFER "Nie wiem kiedy ze sceny zejść niepokonaną" LOPEZ...
 Dobór trailera bardzo trafny, bo "Ex_Machina" to thriller science-fiction, z klimatem tak gęstym, że można go nożem kroić. Na filmy takie chodzą, z jednej strony ludzie, którzy interesują się fantastyką, a z drugiej tacy, którzy lubią kino "duże", ale trochę bardziej ambitne - gdzie jak jest robot, to nie oznacza, że zaraz zaczną latać lajzery na prawo i lewo. Filmu, że po wyjściu z kina widz się zacznie zastanawiać nad rzeczami głębszymi, niż to czy mam w domu jeszcze jedną czy też dwie rolki papieru toaletowego... 

Ale co będę sobie język strzępił - oddam głos, owemu trailerowi (a jakże w pastelowych, ciepłych i wyostrzonych barwach):

  
Gratuluję, jeżeli obejrzeliście, to zmarnowaliście (podobnie jak ja) 2 minut z waszego cennego czasu na tym łez padole. Młodsi już nie będziecie... 

Niech mi ktoś powie, jakie było kryterium doboru tego trailera... Obscenicznie mówiąc: Po chuj ktoś go puszczał widowni, która na ten film z pewnością nie pójdzie... 

W tym momencie irytacja moja sięgała powoli zenitu. 

Następnie poszła reklama tzw. kina 4 D. Gdzie 4 D polega na tym, że do obrazu i dźwięku dołączono jeszcze zapach. Reklama pokazywała scenę napadu, gdzie bandziorowi wymsknęło się pierdnięcie... najazd na widownię, która potraktowana rzeczonym zapachem pierdnięcia, zatyka nos. NO kurwa genialne - reklamują mi kino, do którego mam iść, bo będzie mi tam śmierdzieć... i jeszcze mam za to zapłacić. Przecież łatwiej mi ryj do śmietnika włożyć - efekt ten sam, a jak nikt nie zauważy, to nawet będzie za darmo, bo kosztów leczenia psychiatrycznego nie poniosę. 

Makdonalds zaatakował jako czwarty - wmawiając mi, że zależy im tylko i wyłącznie na moim zdrowiu i szczęściu. A pieniędzmi moimi to oni gardzą, a każą sobie płacić, bo działają pro bono i wszystko co dostają, przekazują głodującym na całym świecie. 

Jeszcze ze dwie reklamy samochodów, których zakup ma zapewnić mi poziom szczęścia, jaki może osiągnąć jedynie pedofil w sierocińcu.

Poziom mojego szczęścia miał być także uzupełniony tym, że (reklama numer pierdylion) będę kupował bilet do kina przez internet a nie w kasie... Bo wtedy na spokojnie, bez kolejek... A ja w kinie kolejki to ostatni raz widziałem, na Walentynki jak szło Pindziesiąt Mord Szarego. I to tylko dlatego, że społeczeństwo rozochociło się, że będą świństwa na ekranie... 

Film się zaczął, mnie torsje przeszły... Wyszedłem ze świata barw pastelowych, uśmiechów wiecznych, dobrobytu, srania tęczą przez jednorożce uskrzydlone po firmamencie lazurowo-niebieskim cwałujące.. Z ulgą odetchnąłem - nagrodę za te cierpienia otrzymałem - bo film był naprawdę dobry. Równowaga jednym słowem.

30 min z życia straciłem - ale co mi tam - przynajmniej wpis niniejszy  powstał. Tyle dobrego...

Kawałek stary  a znany - dziś mi został przypomniany:



poniedziałek, 16 marca 2015

Przekrojowo o niczym

Częstotliwość mojego pisania na tym blogu jest jak metabolizm Ryszarda Kalisza tj. niska i bez sensu. Ale co mi tam... 

Przez chwilę chciałem napisać o kampanii wyborczej kandydata na prezydenta RP z ramienia partii Powszechnie Obśmianej. Niestety, kampania wyborcza tegoż kandydata, oparta na sformułowaniu "zgoda" nie potrzebuje tego. Bo spójrzmy np. na to:

Chciałbym uścisnąć dłoń człowieka, który tworzy te wpisy. Naprawdę. Chciałbym paść mu w ramiona, zalany łzami szczęścia. Dlaczego chciałbym to uczynić ? Otóż w stanie największego upojenia alkoholowego, pozwalającego na podjęcie czynności pisania, połączonego z sięgnięciem do najgłębszych pokładów utajonej trywialności, nie byłbym w stanie napisać czegoś takiego. Chciałbym to jakoś skomentować, popisać się ciętą satyrą, jakimś pięknie zabawnym homeryckim porównaniem (np. powyższego wpisu do defekującego tapira), ale nie jestem w stanie. Natura nie obdarzyła mnie niestety ani wystarczająco ciętym językiem, ani dość światłym umysłem, abym  wykrzesał coś bardziej ośmieszającego, niż powyższy wpis jest sam w sobie. Bo ten wpis jest śmieszny - jest śmieszny z punktu widzenia powagi "stawki" o jaką toczy się gra (tj. gry o fotel prezydenta państwa aspirującego do bycia hegemonem europy środkowo - wschodniej). W mojej ocenie, wpisy na takim poziomie, to potraktowanie wyborców jak bezrozumnych baranów, którzy kupią każdą pierdołę... 
 
Dlatego pisał nie będę :) 
 
Cóż więc mi pozostaje? 
 
Mógłbym pisać o pogodzie, ale ta robi wszystkim psikusa i jest, jak na środek marca, niezwykle ładna. Ludzie spacerują, cieszą się, słonko przez okno zagląda - no jest, jak nie w Polsce.  Jak tu narzekać, jak tu na całokształt życia psioczyć, kiedy warunki pogodowe ku temu nie sprzyjają. Jak sąsiadowi zazdrościć, jak współpracowników obgadać, jak zielono się robi. No ni cholery... dobrze, że przynajmniej w polityce, jak zwykle, wszyscy na siebie womitują - bo przez chwilę już miałem ochotę się uśmiechnąć. Włączyłem jednak radio na wiadomości i mi przeszło :) 
 
O wiem - napiszę ciekawostkę. Przeczytałem niedawno, że whisky jest zdrowe. Dobrze działa na mózg i układy: krwionośny i trawienny. Rozszerza naczynia krwionośne i przyspiesza obieg krwi, co działa zbawiennie na cały ustrój. Plus jest to jeden z najmniej kalorycznych alkoholi, a więc polecany dbającym o linię. Mnie ostatnio ta informacja przypomniała się, jak stałem przy barze i dbając o swoje zdrowie, zamawiałem 8 szklaneczkę - wprawiło mnie to, nie ukrywam, w dobry nastrój, że to nawet na imprezie dbam o siebie - dorosły i odpowiedzialny. 
Tam, tak kojarzę, chyba było też jeszcze coś jak "w umiarkowanych ilościach", nie doczytałem jednak dokładnie tego fragmentu... 
 
Dobra to tak - o polityce było, o pogodzie również, ciekawostka naukowa się znalazła. To jeszcze tylko zabawny obrazek z internetów, komentujący innego kandydata na prezydenta - ale ten kandydat przynajmniej zmysłu wzroku nie rani (a uszy zawsze można zatkać).
 
 
Post już długi się robi, a ciągle nie wiem, o czym by tu napisać...  A ponieważ niewiedza ta zaczyna być męcząca, to zakończę już tę żenadę. Trafiłem na zespół z wokalistką dysponującą przymiotami w postaci nieziemskiego głosu i równie nieziemskich nóg :) Wstawiam poniżej:


 
 

sobota, 7 lutego 2015

jaszczompiński

Dziecięm będąc, lat temu bez mała z 8, przygotowując się do egzaminu z prawa cywilnego na mojej szacownej alma mater, postanowiłem, że w czasie nauki poczytam sobie książkę. Niektórzy w ramach odpoczynku od nauki upijają się (stoi właśnie przede mną szklaneczka wspaniałego 12 - letniego whisky single malt, więc wiem o czym mówię), inni oglądają filmy i seriale wszelakie, jeszcze inni sport uprawiają. Nie zaniechując tych aktywności, dołożyłem do tego pierwszorzędnego zestawu obcowanie z literaturą. Z tego co pamiętam, natenczas nasycony byłem książkami z fabułą, które opowiadają jakąś historię  i każą odbiorcy z bohaterami książkowymi ją przeżywać - postanowiłem przeczytać coś bez fabuły. 

Wychodzę z założenia, że sztuka sztuką (obojętne czy ta wysoka czy ta "niska"), ale wypada wiedzieć, co się na świecie dzieje i to w wielu dziedzinach - od polityki po naukę. Z racji, że w tym drugim zawsze we własnym mniemaniu kulałem mocno, przeczytałem "Krótką historię czasu" Stephena Hawkinga. 

O czym jest książka? Najkrócej można powiedzieć, że jest to niezwykle pobieżny wykład o tym, czym w chwili obecnej zajmuje się fizyka (lub też ludzie, tę dyscyplinę nauki uprawiający). A czym się zajmuje? Zajmuje się znalezieniem teorii, która opisze hmmm ... wszystko.  Brzmi trochę niedorzecznie, jak np. nie jestem w stanie wypić całego alkoholu w barze. Można sobie jednak wyobrazić rzecz następującą:

W zbiorowej świadomości nie istnieje chyba instytucja bardziej losowa, niż rzut monetą. Rozstrzyga się nią spory wszelakie: od tego na jaki film iść do kina, po wybór przyszłej małżonki ;) Bo jedynie moneta sprawiedliwa - podrzucona do góry spadnie na jeden z dwóch sposobów (rant wykluczamy, bo mało prawdopodobny). Losowo.... A co gdybym powiedział, że nie losowo... że wiadomo jak spadnie... Znając siłę z jaką moneta została wyrzucona w górę, przyspieszenie ziemskiej, opór powietrza, umiejscowienie środka ciężkości i materiał z którego moneta została wykonana, można obliczyć jak spadnie. Parę setek lat temu, przed poznaniem newtonowskej grawitacji, dla rodzaju ludzkiego rzut monetą faktycznie był sprawą ślepego losu (lub Boga, zależnie od tego, kto w co wierzy). Teraz nie jest. 

Fizycy zatem skalę poszukiwań rozszerzyli, szukając teorii, która nam powie czy da się wyliczyć wszystko. Jak wszystko... Ano wszystko. Powiedzmy, że mając dane i odpowiednie równanie jesteśmy w stanie obliczyć co się dzieje w skali makro (jak rozwija się wszechświat, ruch planet, galaktyk etc.) jak i w skali mikro (gdzie znajdzie się dana cząstka elementarna). Czyli jesteśmy także w stanie przewidzieć to jak zachowa się człowiek... (i co z wolną wolą wtedy...) Brzmi jak fantastyka? Brzmi. Ale dla ludzi ze średniowiecza jak fantastyka brzmiały by pewnie przewidywania, że kiedyś będziemy w stanie obliczyć jak spadnie moneta.   

Po tym przydługim wstępie, chciałem polecić książkę (mimo, że bardzo ciężka jest i przy niej nauka prawa cywilnego wydawała się odpoczynkiem) jak i zwrócić uwagę na osobę autora tj. Stepehena Hawkinga. Każdy pewnie kojarzy tego pan w wózku inwalidzkim, który z otoczeniem porozumiewa się za pośrednictwem syntezatora mowy. 

Zrobiono o nim ostatnio film, co się zwie z polska "Teoria wszystkiego"(nominowany do Oscara jako film najlepszy, a także w kategorii najlepszego aktora pierwszoplanowego i pierwszoplanowej aktorki). Film, z tego co widzę, wywołuje skrajne reakcje - od zachwytu po mocną krytykę. Obejrzałem film dzisiaj i muszę powiedzieć, że nie rozumiem głosów krytycznych (aczkolwiek nie jest to też taki zachwyt jaki miałem po obejrzeniu innego nominowanego tj. Whiplash). Film może i jest nieco cukierkowy i polukrowany, ale nie aż tak bardzo, żeby go za to podkoloryzowanie rzeczywistości krytykować. Pierwszoplanowa rola męska jest bardzo dobra. 
Zgadzam się, że Eddie Redmayne miał trochę łatwiej, niż aktorzy którzy kreują postacie stanowiące całkowicie wytwór fantazji scenarzysty (bo portretowana postać żyje i też nie odmawia współpracy), ale też i z rolą poradził sobie bardzo dobrze. Pewnie Oscara dostanie - czy zasłużenie - moim zdaniem tak. 

Że w filmie mało o tym, co Hawking zrobił w nauce, a za dużo tzw. okruchów życia... A ilu z widzów będzie wiedzieć czym zajmuje się fizyka kwantowa, co to jest spin, teoria mulitwersum, dlaczego tak istotne było odkrycie bozonu Higgsa etc. etc. Prawda jest taka, że współczesna fizyka jest tak odłączona od rozumienia "przeciętnego zjadacza chleba" (w tym piszącego te słowa), że film o tej dziedzinie nauki byłby całkowicie hermetyczny i nieprzyswajalny, a co za tym idzie, po prostu nudny. 

Dostaliśmy zatem opowieść o człowieku zmagającym się ze śmiertelną chorobą (który przy okazji jest geniuszem i znanym naukowcem). Co ważniejsze, pokazuje on także historię kobiety, która nie zważając na chorobę tego człowieka, bez baczenia na swoje szczęście, status materialny i to, że mogła wybrać "łatwiejszą drogę", postanowiła przy nim trwać. Historia może i jest trochę "cukierkowa", ale tutaj cukierkowość wyreżyserowało życie. 

W każdym razie film wywołuje skrajne odczucia - co chyba dobrze, bo też i o to w X Muzie (jak i wszystkich pozostałych) chodzić powinno.  JW czytelników nie będę do swoje aprobaty filmu przekonywał - obejrzą, to i zdecydują...

Na zakończenie wpisu, piosenka zespołu Kasabian, który bardzo lubię i ostatnio słucham często. Panowie na drugiej swojej płycie scoverowali Pana Davida Bowie i jego piosenkę "Heros", a że im zacnie wyszło to wstawiam:


wtorek, 13 stycznia 2015

Piekło mrok - cały rok

  Z przerażeniem stwierdzam, że wróciłem do pisania. Chciałbym powiedzieć, że to z nadmiaru czasu - ale przy ilości pracy, którą ostatnimi czasy wykonuję, nie mogę tak z "czystym sumieniem polityka" (BUAHAHAH) powiedzieć.

Dlaczego zatem? 

  Niech za wytłumaczenie wystarczy, szanownym czytelnikom, powszechnie przyjęta przez studentów na egzaminach odpowiedź: NIE WIEM :) Niech choć raz coś nie ma logicznego wytłumaczenia, które zaspokajałoby perwersyjną ludzką ciekawość (jak: Ile zarabia? Z kim się spotyka ? Dlaczego tak schudł? Dlaczego ja nie schudłem? Ciekawe co jest do jedzenia?).

  Chciałem dzisiaj napisać, o moich jakże ważkich, lotnych, natchnionych i niesamowicie przenikliwych spostrzeżeniach na temat współczesnego kina.

  Ostatnio sporo chodzę do kina, ale też nadrabiam sobie zaległości, oglądając (całkowicie legalne) filmy (naprawdę całkowicie legalne) z przed dekady (gardzę piractwem) albo i nawet (naprawdę uważam, że nie należy "ściągać" filmów) z przed dekad kilku (i trzeba za nie płacić),bo wtedy też było porządne kino (tylko mi czasem nie wychodzi).

  Tak więc mam rzecz, której ludziom wygłaszającym opinie nieraz brakuje, tj. tzw. PORÓWNANIE.

  Dość o naturze ludzkiej. Jak to mawiał islamski terrorysta na widok pasa z ładunkami: Przejdźmy do rzeczy. 

  Kino nam się wzięło i zbrutalizowało. Byłem ostatnio na "Exodusie" - czyli, było nie było, opowieści biblijnej. Christian "Jestem Człowiek Przebierający się za Nietoperza" Bale grał tam Mojżesza. I pomyślmy teraz chwilę... Mojżesz... Siwa broda, siwe długie włosy, lata po pustyni, a za nim stado Żydów. Ewentualnie brązowa broda, brązowe długie włosy, ubrany w zwiewną szatę, gada z płonącym krzakiem. Postury mikrej, raczej taki typ "intelektualista po filologii, zjadłem rano tofu na śniadanie". W filmie Scotta ... no cóż - lata z mieczem, tworzy partyzantkę, szlachtuje innych ludzi. Jak już kontakt z Najwyższym łapie, to też ma wątpliwości co robić powinien mimo, że najwyższy wprost mu wskazuje, co robić należy (mordować - znaczy się, prowadzić walkę narodowo wyzwoleńczą). Jak się okazuje, że Bale rady nie daje, to Najwyższy zsyła plagi, ludzie giną - generalnie z angielska jest fun. 

   Podobnie było w filmie "Noe" z Russelem "Grałem świra w Pięknym umyśle" Crowem. Że Noe to siwy kolo, co to głos usłyszał, że będzie trochę padać, to się wziął za budowę łajby z rodziną swoją. I tak w zgodzie zrobili łódź, a że miało padać trochę dłużej niż zwykle, to i łódź była trochę większa niż zwykle... Gdzie tam... W filmie Noe przez pół filmu morduje, a przez drugie pół biega z siekierą, za cieżarną Emmą Watson (kultywując tzw. twarde wychowanie :P). 

  W obydwu filmach, odtwórcy ról, są co najmniej "drwaloseksualni". To nie są mili panowie z przed dwóch dekad (albo i więcej, żeby rolę Charltona Hestona w "Dziesięciu przykazaniach" wspomnieć"), których ma się ochotę zaprosić na herbatę i pogadać z nimi o pogodzie i jakie ciastka najlepiej pasują, do kawy z mlekiem. To są urodzeni mordercy, że jak wieczorem (taa wieczorem) wracasz z imprezy, to na myśl o nich automatycznie, ze strachu, trzeźwiejesz.

  Z jednej strony filmy gdzie było kolorowo i miło, z drugiej współczesny wyostrzony realizm.

  Ale to nie  tylko te dwa filmy. "Władca pierścieni" - jasne biją się, ale wielu latających głów nie pamiętam. "Hobbit" - z założenia ekranizacja książki dla dzieci, gdzie co chwilę ktoś kogoś dekapituje, podpala i morduje jeszcze na sto innych, różnych, sposobów.  

  Właściwie o całym współczesnym kinie popularny można powiedzieć, że jakoś takie mroczne się zrobiło. Zamiast głaskać widza po głowie (jak to bywało jeszcze jakiś czas temu), stara się go doprowadzić do stanu, w którym po wyjściu z kina, właściwie zaczyna doceniać koloryt otaczającej rzeczywistości - że te wszechobecne, pstrokate reklamy to może nie są takie złe (no dobra, są okropne, ale chodzi mi o odbiór na linii kino- rzeczywistość). Bo w tym kinie to jakoś tak mrocznie było...

  Widać taka współczesna rola kina - kiedyś miało podkolorować rzeczywistość i widz szedł, żeby uciec od szarości. A teraz widz ma iść i zobaczyć, że wcale tak ładnie i jak z reklamy nie jest. I ma boleć nad losem nawet najczarniejszego charakteru - bo przecież i on miał swoje głębokie motywy (chomik mu uciekł, w Happy Mealu dali nie tę zabawkę) i nie był zły, żeby tylko być złym (jak to kiedyś bywało). Co dalej, sam nie wiem... może nadrealizm i Tusk w stroju mołdawskiego pastucha, cwałujący w stronę zachodzącego słońca na Jarosławie Kaczyńskim, przy dźwiękach największych przebojów Violetty Villas w wykonaniu zespołu Bayer Full z Grodzką na wokalu.

Klaps. The End. Koniec. 
  Kawałek Jacka White`a, o którym to wykonawcy się dowiedziałem, że ma polskie korzenie. Światła ma i lotna inteligencja mnie doprowadza do wniosku, że czyli jakby się w polszy urodził, to by był Jackiem Białym. Jacek zapowiedział się, że na trasę koncertową przyjedzie (tak trasę - chce zagrać u nas koncertów 10) i ja chcę Jacka kiedyś na żywca zobaczyć :) 

  








sobota, 30 sierpnia 2014

ten jeden raz

Większość pokolenia urodzonego w latach 1980- 1987 pamięta serial nadawany z tego co pamiętam przez telewizję Polsat o wiele mówiącym tytule "Przyjaciele". Serial był nadawany w latach 1994 - 2004, aczkolwiek o ile mnie pamięć nie myli doszedł do kraju naszego pięknego z pewnym opóźnieniem. W każdym razie serial oglądali wszyscy, bo też i komediowy sznyt serialu zrobiony był na poziomie a i treści w nim zawarte umożliwiały puszczenie go w godzinach popołudniowych. Ale odnosząc to do "swojego" pokolenia to trzeba przyznać, że problemy bohaterów serialu nie do końca można było zrozumieć. Bo jak zrozumieć "dorosłe" życie kiedy się ma lat naście i człowieka zajmuje głównie klasówka dnia następnego i to czy "będzie pytał/pytała" niż to jak ułożyć sobie życie. A i to też zajmowało głównych bohaterów serialu Przyjaciele.
Serial ten skończył się w 2004r. czyli w momencie, kiedy większość pokolenia opisanego powyżej była świeżo po skończeniu studiów albo też tuż przed studiów ukończeniem. Tak więc pokoleniowe zmagania z rzeczywistością nie uderzyły w nikogo z widzów tego konkretnego sortu. Jakkolwiek serial pozostawił w sobie pustkę jaką, nie uciekając się do wyszukanych porównań, odczuwa Jerzy Urban na widok salonu fryzjerskiego.
Ale ale -już w 2005 roku pojawił się nowy serial (bo natura jak i zarabianie hajsu nie znosi pustki) w którym grupa bohaterów układa sobie życie po skończeniu studiów - czyli "Jak poznałem Waszą matkę". I tak też, teraz już będąc prawie, że równolatkami z bohaterami każdy  przeżywał "to samo". Czyli tzw. ŻYCIE - rozterki osobiste, zawodowe, etc. przedstawione w zabawny sposób (z czego się śmiejecie? z siebie się śmiejecie).
W tym roku serial ów był się skończył. Bohaterowie w chwili zakończenia serialu mieli lat 30+ i byli na etapie, w którym pokolenie 80-87 jest albo niebawem będzie.
I to jest ten jeden, jedyny raz, kiedy to pokolenie mogło odnosić bieżące wydarzenia do tego co dzieje się w życiu bohaterów serialu. W Przyjaciołach wszystko było '"za wcześnie". W następnym serialu, który będzie o tym samym - a będzie niewątpliwie, bo biznes musi się kręcić - wszystko będzie już "po". Bo w tym nowym serialu bohaterowie niewątpliwie zaczną w kategorii 25 +, kiedy to wszystko w życiu się dopiero zaczyna.
Wiec to był ten jedyny raz kiedy można było "starzeć" się wraz z serialem. Stąd tytuł posta.

Trochę nostalgicznie - ale tak jakoś, po obejrzeniu ostatniego odcinka mnie natchnęło na porównania i wspominki.