Znowu przywiało mnie tutaj, aby dokonać czystapiendziesiątej reanimacji tego bloga. Jest już prawie jak w "Modzie na sukces", gdzie bohaterowie tak bardzo pragną zginąć, ale scenarzyści ciągle przywracają ich do życia (Ricza zginął w wypadku lotniczym, ale okazało się, że jego materiał genetyczny przetrwał w żołądku nutrii-alkoholika, która na spotkaniu AA podzieliła się tym z resztą zebranych, CI zrzucili się na nielegalne klonowanie w Chinach, co doprowadziło do powstania Ricza-klona - tajnego szpiega Chin, który związał się ze swoją ciotką od strony babki, Brook, i dzięki temu miał dostęp do sekretów produkcji bamboszy w kształcie półwyspu jukatańskiego w fabryce pod Radomiem) - ale dość o kulturze wysokiej takiej jak "Moda na sukces" - nigdy nie rozumiałem tego serialu, widać zbyt mało czytałem filozofów klasycznych albo narkotyki były za słabe - jedno z dwóch.
Nie bardzo wiem co napisać - i wcale nie dlatego, że (jak co poniedziałek) darowałem pół mózgu na cele badań medycznych w zakresie zwyrodnień.
Pogoda jakaś jest - wiadomo wina Tuska/PiSu (zależnie czy pobierasz 500 plus czy nie), aczkolwiek śnieg jeszcze nie spadł. W tym roku nie stałem się członkiem ogólnopolskiego stowarzyszenia o nazwie "Muszę zmienić na zimówki", którego członkowie spotykają się w warsztatach oferujących zmianę opon - a to dlatego, że opony zmieniłem w październiku. W warsztacie była pustka jak w Biedronce po dostawie "Świeżaków" - nawet "główny dzierżyciel klucza do opon" ucieszył się na mój widok, podobnie jak jego płuca, bo moja obecność oznaczała, że być może nie wypali w dniu dzisiejszym 4 pełnych paczek fajek - bo przez 20 min popracuje, a to zburzy misternie rozłożony "Onkologiczny Plan Palacza" - w skrócie OPP (nie mylić z organizacją pożytku publicznego).
Z drugiej strony będzie mi w tym roku brakować możliwości zagadywania do nieznajomych: "Pan ostatni do zmiany?", "Nie wie Pan, czy jeszcze ktoś jest przed nami?", "Można do zmiany?", "Za ile zmieniają". Jak i odpowiedzi na pytania pełne egzystencjalnej głębi: "Wyważamy?", "Ma pan na felgach?", "Dopompować?".
Właśnie wyglądam za okno i widzę jak pada śnieg. W oddali słychać nawoływania się spłoszonych kierowców na letnich oponach - aby watahami uderzyć we właściwie miejsce. Stoję zatem samotny na tych moich zimówkach - znowu, jak jakiś socjopata, nie będę należał do stada. Trudno - świeżaków też nie zbieram... i lubię szpinak...
Post sponsorował Krajowy Urząd Pomocy Analfabetom w skrócie K.U.P.A. (hahaha użył słowa kupa w poście).
Obejrzałem sobie ostatnio dwa filmy, które chciałbym polecić w ramach mojego jakże szacownego bloga.
Pierwszy to dokument p.t. "Vermeer wg Tima". Większość kojarzy Vermeera (jak nie kojarzy to wyjaśniam, że to niderlandzki malarz) z obrazu "Dziewczyna z perłą". Był zrobiony o tym obrazie, bardzo dobry film z młodziutką Scarlett Johanson. W każdym razie, jak dowiadujemy się z filmu Vermeer malował obrazy wręcz fotorealistyczne - mówi się, że "malował światłem". Tym to dziwniejsze, że po prześwietleniu okazało się, że na żadnym z jego obrazów nie ma szkiców (malarze zwykle sobie pomagali tworząc szkic i wypełniając go kolorem - u Vermeera brak na obrazach linii, które wskazywałyby, że stosował ta metodę). Wśród historyków sztuki powstało pytanie w jaki sposób Vermeer malował - część uważa, ze był geniuszem - ale pojawiły się głosy - że Vermeer stosował "technikę" w postaci odpowiednio ustawionych soczewek i luster - (w filmie jest to ciekawie pokazane jako wątpliwości czy takie postępowanie jest jeszcze sztuką czy też już nie).
To, że Vermeer mógł korzystać z ówczesnej technologii celem stworzenia swoich dzieł potwierdza także fakt, że malarze w 17 wieku musieli najpierw odpowiednią ilość czasu terminować u innego mistrza a następnie dostawali dokument, że ów termin ukończyli i są kwalifikowanymi malarzami. Jeżeli chodzi o Vermeera nigdy nie udało się takich dokumentów odnaleźć (a wydaje się, że raczej powinny się zachować).
Drugim z głównych bohaterów filmu jest Tim Jenison. Milioner ze stanów, który jest owładnięty obsesją odkrycia w jaki sposób Vermeer malował swoje obrazy. I Tim spędza nad tym mnóstwo czasu - dokładnie mówiąc pięć lat. Na czym schodzi mu te pięć lat? Po pierwsze najpierw udaje mu się odkryć metodę, na podstawie, której malarz mógł tworzy. Następnie postanawia, nie będąc malarzem i nie mając pojęcia o malowaniu, namalować przy użyciu tejże techniki obraz Vermeera "Lekcja muzyki"... przy czym w pierwszej kolejności postanawia on zrekonstruować pokój, który namalował Vermeer łącznie z odtworzeniem jego wyposażenia. Czy mu się udało to polecam zobaczyć samemu. Dokument trwa 80 min i jest bardzo ciekawy - ogląda się go bez bólu.
Ciekawe w tym filmie jest także to, jak pasja może pochłonąć człowieka bez reszty - patrząc na Tima naprawdę zazdroszczę mu uporu i poświęcenia pięciu lat na zrobienie tego, co mu się tam w głowie umyślało...
Tutaj trailer:
Drugi z filmów to "Szef". Tutaj trailer:
Jak zobaczyłem opis to pomyślałem sobie - ło rany kolejna amerykańska kupa, która obraża inteligencję i powoduje, że człowiek wychodzi z kina głupszy, niż do niego wszedł. Potem jednak zastanowiło mnie: po pierwsze - czemu ten film jest grany w kinach studyjnych, które zwykle bardzo dbają o dobór repertuaru, a po drugie - czemu w filmie zgodziły się wystąpić takie gwiazdy jak Dustin Hoffman, Robert Downey, Jr. (który ma tutaj epizodyczną. ale bardzo, bardzo zabawną rolę), Scarlett Johansson. Zatem stwierdziłem, że zaryzykuje 115 min. swojego życia. Co mi tam... wiadomo, że w tym czasie mógłbym robić jakieś pożyteczne rzeczy np. patrzeć się w sufit - ale pomyślałem, że jak będzie źle, to przynajmniej ostrzegę innych (taki ze mnie altruista - wynagrodzenie za mój altruizm proszę przelewać, na konto bankowe). Ale rozczarowałem się pozytywnie.
Film jest naprawdę dobry - to jeden z filmów z kategorii tzw. feel good movies. Czyli człowiek może sobie dla pocieszenia obejrzeć jak wszystko nie tak - skarbówka ściga, kot sąsiadów sra na balkon, samochód zepsuty etc. - po projekcji problemy oczywiście nie znikną, ale przynajmniej przez 2 godziny można się dobrze bawić. Obraz mimo swojej lekkości kładzie duży nacisk na analizę wpływu mediów społecznościowych na życie ludzi. Pokazuje zarówno jasne jak i ciemne strony facebooka, tweetera, smartfonów (telefony mądre tylko użytkownicy kretyni - sam mam więc to poniekąd autokrytyka). Konstatacja jest taka, że z mediami społecznościowymi jak z siekierą - można kogoś zarąbać, ale można przy jej pomocy zbudować dom.
Fabuła filmu opowiada o szefie kuchni, który przez media społecznościowe wpada w spore kłopoty. Nie chce pisać za dużo, bo fabuła jest ciekawa - dosyć przewidywalna, ale jednak ciekawa. Druga rzecz, która rzuca się w oczy (ale to już sztampowa rzecz dla tego rodzaju filmów) to pokazanie, że nie wszystko co złego rzuca na nas los, złe do końca zostaje w myśl zasady "nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło". Wiadomo, że rzeczywistość tak nie działa - ale też i ten film ma nieść pocieszenie - a nie dołować dokumentnie. Aha byłbym zapomniał. panów (i panie lubiące tą samą płeć) w filmie ucieszy obecność Sofii Vergary - która całkiem przyzwoicie tu gra - a ja miałem ją za kolejną pustą laseczkę, co gra jak wieszak i głównie popada w samozachwyt - nie widziałem jej w innych rolach, więc mam nadzieje, że to pozytywne odczucie się nie rozmyje przy najbliższej nadarzającej się okazji...
Film polecam - nie jest to arcydzieło, ale bardzo przyzwoity kawałek kina, który daje co nieco do myślenia. Może człowiek nie śmieje się, jak ZUS na widok wpływającej rzeki naszych pieniędzy - czyli do rozpuku, ale jednak parę zabawnych momentów w filmie jest i uśmiech na twarzy się pojawia. Także 115 min na seans nie uważam za stracone.
Aha... Soundtrack z filmu jest w sam raz na lato - dużo tam muzyki kubańskiej, która nadaje się pod grilla, czy tam inne atrakcje ze znajomymi, kiedy to słońce powoduje, że narzekamy na upał a nie na opady ;)
I zawitała nam matka letniej
odzieży popularnie zwana Wiosną. W naszym kraju jednakże, ta wspaniała pora
roku doznaje pewnych wypaczeń (jak to w naszym kraju). Jest jak część pięknych
ludzi, którzy są tak wspaniale piękni, tak do końca cudowni, tak idealnie
doskonali – że aż człowiek, widząc ich, zaczyna wierzyć w te wszystkie ideały ,
którymi jest karmiony w czytankach z podstawówki. Odwaga, braterstwo
(siostrerstwo ?!?!?!?!), honor, pomoc biednym, skromność, altruizm – naprawdę
zaczynają mieć sens. Człowiek zaczyna czuć, że może to wszystko nie jest tak do
końca bez sensu, że może i dla mnie gdzieś tam jest cień nadziei, wszystko się
ułoży, wszystkie niepowodzenia, porażki stanowić będą jedynie cień dni
minionych - Że pani na mięsnym będzie miła, że staruszka nie postawi obok
siebie torby na siedzeniu w autobusie, że nie będzie kaca, że portfel będzie
pełny……I wtedy tacy ludzie wykonują pewien nieopatrzny krok, w swojej
bezdyskusyjnej doskonałości i wręcz boskim majestacie postanawiają się odezwać –
i wtedy czasem boli. Jedno zdanie stanowiące pocisk głupoty jest jak kubeł
zimnej wody, jak Cortes dla Azteków, jak zimny barszcz do krokieta, jak
rozpadający się pieróg z którego wypłynął farsz. Wszystkie ideały, o których
pisałem powyżej znikają a powraca ten zimny mrok, który mówi wprost: „Ni chuja
hombre. No pasaran. Wracaj do dziury - gryź brukiew i korpiele brudasie!!!”
Tak więc kończąc to przydługawe
porównanie – wiosna jest wspaniała, jeżeli nie zagłębimy się zbytnio w tak
zwany szczegół (jak to zwykł mawiać Rostowski przy opracowywaniu budżetu). Bo
też i jest pięknie – zielone pączki na drzewach, hasające króliczki, boberki,
sarenki, śpiewające ptaszki. Ludzie łączący się w pary, dzieci w wózkach,
głośne śmiechy zabawy…… No kurwa sielanka.
Tylko dlaczego samochód tak
dziwnie podskakuje jak nim jadę…. hmmmm wcześniej tak jakoś nie podskakiwał….
no przecież naprawiali tą drogę jesienią…. o pamiętam tą dziurę …. i tą…. i
tą….. i tą….. i tą….. i tą i tą…. i tą….. i tą….. i tą….. i tą i tą…. i tą….. i
tą….. i tą….. i tą i tą…. i tą….. i tą….. i tą….. i tą a nie zaraz – tej nie
pamiętam. Nie no jasne nie krępuj się – proszę bardzo zniszcz mi zawieszenie –
nie nie jasne że w porządku …. aha nie przepraszałaś…to ok.
O trawnik jaki ładny trawnik –
pewnie za niedługo się zazieleni. Będzie można pobiegać boso w porannych
promieniach słońca po trawniku zwilżonym delikatną mgiełką rosy, założyć do
tego wianek z kaczeńców i maków oraz zwiewną tunikę. A także wdepnąć bosą stopą
w KUPĘ (przypomina się tutaj konkluzja stworzona przez Andrzeja Waligórskiego
odnośnie bycia świadkiem takowego, jak wyżej opisanego, zdarzenia „jak jestem
człowiek niepijący, z zachwytu wypiłbym pół litra”). Bo też przecież kochane
Azorki, Saby, Asy, Maxy, Aresy Reksie, Reksy i inne Brytany naprodukowały się
przez te pół roku zimy tyle nawozu, że hohohohoho (wiadomo że zwielokrotnione
ho jest słowem kluczem jeżeli chodzi o miarę ilości tak jak „w chuj” jest, dla
części społeczeństwa, słowem-wytrychem jeżeli chodzi o miarę czegokolwiek). No
a nawóz jak to nawóz, zimą rozkłada się średnio wręcz można powiedzieć, że nie
rozkłada się wcale i radośnie zalega sobie to tu to tam. Piszący te słowa ma
tego doskonałą świadomość, gdyż będąc byłym posiadaczem psa zdarzało mu się
posprzątać po zimie i do 100 (słownie: stu) kup. Przy obelżywym wzroku psa,
który mógł znaczyć tylko jedno „Przyzwyczajaj się - lepiej nie będzie. Ciesz
się, że nie ma zwyczaju trzymania słoni”. I tenże nawóz właśnie dzięki tej
pięknej wiośnie, może się w pełni zaprezentować tworząc z trawników ogromne
połacie brązowo zielonego kamuflażu (coś jak Arnie w „Commando”) – że 89 latek
z zawansowaną demencją swobodnie mógłby rzucić „Ocho siatki maskujące
porozciągali pewnie Niemce idą znowu albo ruskie albo te no Andorczycy – taaa w
39 Andorczycy i ich szkolone owce-mordercy byli najgorsi.” (uwaga jako
inkarnacja człowieka-betona na tym padole tłumaczę żart – rolnictwo w Andorze
to prawie wyłącznie hodowla owiec, bo nie mają zbyt wiele gruntów ornych).
Tym samym chciałem zakończyć, aby
nie pogrążać się dalej – udanego spacerowania życzę, rozkoszujcie się wiosennym
tchnieniem, a jeżeli najdzie Was jakaś fala optymizmu przypomnijcie sobie o
poziomie klasy politycznej w naszym kraju………