Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kino. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kino. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 7 kwietnia 2015

adwertizment im kino sejen

Nie przepadam za dużymi kinami. Jak tylko się da, chodzę do kin studyjnych gdzie: po pierwsze jest taniej (23 zł w kinie "zwykłym" kontra 12 zł za bilet w studyjnym), po drugie spokojniej, po trzecie bileterka mnie zna i mi miejsca najlepsze wyszukuje, po czwarte nikt za wszelką cenę nie chce mnie nakarmić dużymi ilościami soli i cukru - zwanymi popularnie popcornem i kolą.

Jednakże, w kinach studyjnych nie wszystko da się obejrzeć - o "duże" produkcje tam ciężko. A że bestią jestem, która różnymi tematami się interesuje, to lubię też nieraz zobaczyć film gdzie się "strzelają", a nie tylko problemy egzystencjalne do mózgu wstrzykują, że jak człowiek z kina wyjdzie, to się zastanawia jak toczy się egzystencja kostce brukowej i czy mijany kosz na śmieci jest aby na pewno szczęśliwy...

Wyżej opisane, jest jednak niczym w porównaniu z pianą jaką toczę z pyska, jak tylko pomyślę, że w multipleksie znowu będę karmiony tymi kurwa.... jak im tam... kurwa... REKLAMAMI...

 Pamiętam, że w czasach zamierzchłych, kiedy to telefony komórkowe miały jeszcze fizyczne klawiatury (czyli lat temu z 10), w kinach reklam było niewiele i nie denerwowały one, jak denerwują teraz. A może to we mnie, z wiekiem, jad wezbrał z żółcią i wylewają się teraz na biedne multikina, które jakoś zarobić na siebie muszą, bo 50 zł za seans (bilet plus żarło) to jednak za mało... i te reklamy nieszczęsne puszczają.

W każdym razie przechodząc do rzeczy - byłem ostatnio na filmie "Ex_Machina" - dobrym, który polecam. Byłem w multipleksie i całkiem świadomie (bo w studyjnym tego nie grali) naraziłem się na reklamy. Z natury jestem człowiekiem cierpliwym i spokojnym, więc pomyślałem - co mi tam - poświęcę te 25 -30 min. z życia i reklamy pooglądam. Kto wie, może świat stał się lepszy, może spece od marketingu robią reklamy mądre, które nie obrażają inteligencji widza, które do zakupu towaru namawiają subtelnie, a nie jak było dotychczas - starają się wcisnąć chęć zakupu bez wazeliny do dupy. No i jeszcze trailery...o filmach się nowych dowiem, kolejne ciekawe pozycje do obejrzenia wyłowię. Może będzie git... 

Och naiwności ludzka, nadziejo matko głupich...

Pierwsza zaatakował mnie z ekranu ogromna twarz Małgorzaty Kożuchowskiej, która wróciła już do świata żywych, zmartwychwstając po pełnej tragizmu śmierci w zderzeniu z betonową tekturą kartonów - jako Hanka Mostowiak.   (przypominam poniżej)


Po powstaniu z martwych  Małgosia trafiła do reklam... uprzedzając domysły... nie do producenta pancernej tektury... a do reklam sieci Orange. W reklamach tych, wraz z nową swoją rodziną, namawia do korzystania z rzeczonej sieci, w powszechnie reklamowo przyjętym, kiczowatym i pastelowym, środowisku domowym. Reklamy opierają się na znanym schemacie, że cała rodzina szczęśliwa, bo mają telefony z pomarańczy. Jak też będziesz miał, to też będziesz szczęśliwy. Producent przegiął jednak z pastelowością i żywiołowością barw- reklama wygląda, jakby kręcił ją ktoś po spożyciu dużej ilości halucynogenów, dodatkowo z nadwrażliwością na jasne światło. Tutaj podniosło mi się po raz pierwszy - womity jednak powstrzymałem, bo jestem samcem prawdziwym i na widok pastelowej Kożuchowskiej nie wymiotuje (pomogły także przywołane naprędce wizje wikingów pustoszących spokojne nadmorskie osady). 

Pomyślałem, że gorzej nie będzie... naiwny byłem, młody... głupi...

Nagle otoczyły mnie (cytując Lukrecujsza) flammantia moenia mundi (płonące ściany świata), bo o to na ekranie pojawił się trailer filmu z ... uwaga, uwaga... JENIFER "Nie wiem kiedy ze sceny zejść niepokonaną" LOPEZ...
 Dobór trailera bardzo trafny, bo "Ex_Machina" to thriller science-fiction, z klimatem tak gęstym, że można go nożem kroić. Na filmy takie chodzą, z jednej strony ludzie, którzy interesują się fantastyką, a z drugiej tacy, którzy lubią kino "duże", ale trochę bardziej ambitne - gdzie jak jest robot, to nie oznacza, że zaraz zaczną latać lajzery na prawo i lewo. Filmu, że po wyjściu z kina widz się zacznie zastanawiać nad rzeczami głębszymi, niż to czy mam w domu jeszcze jedną czy też dwie rolki papieru toaletowego... 

Ale co będę sobie język strzępił - oddam głos, owemu trailerowi (a jakże w pastelowych, ciepłych i wyostrzonych barwach):

  
Gratuluję, jeżeli obejrzeliście, to zmarnowaliście (podobnie jak ja) 2 minut z waszego cennego czasu na tym łez padole. Młodsi już nie będziecie... 

Niech mi ktoś powie, jakie było kryterium doboru tego trailera... Obscenicznie mówiąc: Po chuj ktoś go puszczał widowni, która na ten film z pewnością nie pójdzie... 

W tym momencie irytacja moja sięgała powoli zenitu. 

Następnie poszła reklama tzw. kina 4 D. Gdzie 4 D polega na tym, że do obrazu i dźwięku dołączono jeszcze zapach. Reklama pokazywała scenę napadu, gdzie bandziorowi wymsknęło się pierdnięcie... najazd na widownię, która potraktowana rzeczonym zapachem pierdnięcia, zatyka nos. NO kurwa genialne - reklamują mi kino, do którego mam iść, bo będzie mi tam śmierdzieć... i jeszcze mam za to zapłacić. Przecież łatwiej mi ryj do śmietnika włożyć - efekt ten sam, a jak nikt nie zauważy, to nawet będzie za darmo, bo kosztów leczenia psychiatrycznego nie poniosę. 

Makdonalds zaatakował jako czwarty - wmawiając mi, że zależy im tylko i wyłącznie na moim zdrowiu i szczęściu. A pieniędzmi moimi to oni gardzą, a każą sobie płacić, bo działają pro bono i wszystko co dostają, przekazują głodującym na całym świecie. 

Jeszcze ze dwie reklamy samochodów, których zakup ma zapewnić mi poziom szczęścia, jaki może osiągnąć jedynie pedofil w sierocińcu.

Poziom mojego szczęścia miał być także uzupełniony tym, że (reklama numer pierdylion) będę kupował bilet do kina przez internet a nie w kasie... Bo wtedy na spokojnie, bez kolejek... A ja w kinie kolejki to ostatni raz widziałem, na Walentynki jak szło Pindziesiąt Mord Szarego. I to tylko dlatego, że społeczeństwo rozochociło się, że będą świństwa na ekranie... 

Film się zaczął, mnie torsje przeszły... Wyszedłem ze świata barw pastelowych, uśmiechów wiecznych, dobrobytu, srania tęczą przez jednorożce uskrzydlone po firmamencie lazurowo-niebieskim cwałujące.. Z ulgą odetchnąłem - nagrodę za te cierpienia otrzymałem - bo film był naprawdę dobry. Równowaga jednym słowem.

30 min z życia straciłem - ale co mi tam - przynajmniej wpis niniejszy  powstał. Tyle dobrego...

Kawałek stary  a znany - dziś mi został przypomniany:



wtorek, 13 stycznia 2015

Piekło mrok - cały rok

  Z przerażeniem stwierdzam, że wróciłem do pisania. Chciałbym powiedzieć, że to z nadmiaru czasu - ale przy ilości pracy, którą ostatnimi czasy wykonuję, nie mogę tak z "czystym sumieniem polityka" (BUAHAHAH) powiedzieć.

Dlaczego zatem? 

  Niech za wytłumaczenie wystarczy, szanownym czytelnikom, powszechnie przyjęta przez studentów na egzaminach odpowiedź: NIE WIEM :) Niech choć raz coś nie ma logicznego wytłumaczenia, które zaspokajałoby perwersyjną ludzką ciekawość (jak: Ile zarabia? Z kim się spotyka ? Dlaczego tak schudł? Dlaczego ja nie schudłem? Ciekawe co jest do jedzenia?).

  Chciałem dzisiaj napisać, o moich jakże ważkich, lotnych, natchnionych i niesamowicie przenikliwych spostrzeżeniach na temat współczesnego kina.

  Ostatnio sporo chodzę do kina, ale też nadrabiam sobie zaległości, oglądając (całkowicie legalne) filmy (naprawdę całkowicie legalne) z przed dekady (gardzę piractwem) albo i nawet (naprawdę uważam, że nie należy "ściągać" filmów) z przed dekad kilku (i trzeba za nie płacić),bo wtedy też było porządne kino (tylko mi czasem nie wychodzi).

  Tak więc mam rzecz, której ludziom wygłaszającym opinie nieraz brakuje, tj. tzw. PORÓWNANIE.

  Dość o naturze ludzkiej. Jak to mawiał islamski terrorysta na widok pasa z ładunkami: Przejdźmy do rzeczy. 

  Kino nam się wzięło i zbrutalizowało. Byłem ostatnio na "Exodusie" - czyli, było nie było, opowieści biblijnej. Christian "Jestem Człowiek Przebierający się za Nietoperza" Bale grał tam Mojżesza. I pomyślmy teraz chwilę... Mojżesz... Siwa broda, siwe długie włosy, lata po pustyni, a za nim stado Żydów. Ewentualnie brązowa broda, brązowe długie włosy, ubrany w zwiewną szatę, gada z płonącym krzakiem. Postury mikrej, raczej taki typ "intelektualista po filologii, zjadłem rano tofu na śniadanie". W filmie Scotta ... no cóż - lata z mieczem, tworzy partyzantkę, szlachtuje innych ludzi. Jak już kontakt z Najwyższym łapie, to też ma wątpliwości co robić powinien mimo, że najwyższy wprost mu wskazuje, co robić należy (mordować - znaczy się, prowadzić walkę narodowo wyzwoleńczą). Jak się okazuje, że Bale rady nie daje, to Najwyższy zsyła plagi, ludzie giną - generalnie z angielska jest fun. 

   Podobnie było w filmie "Noe" z Russelem "Grałem świra w Pięknym umyśle" Crowem. Że Noe to siwy kolo, co to głos usłyszał, że będzie trochę padać, to się wziął za budowę łajby z rodziną swoją. I tak w zgodzie zrobili łódź, a że miało padać trochę dłużej niż zwykle, to i łódź była trochę większa niż zwykle... Gdzie tam... W filmie Noe przez pół filmu morduje, a przez drugie pół biega z siekierą, za cieżarną Emmą Watson (kultywując tzw. twarde wychowanie :P). 

  W obydwu filmach, odtwórcy ról, są co najmniej "drwaloseksualni". To nie są mili panowie z przed dwóch dekad (albo i więcej, żeby rolę Charltona Hestona w "Dziesięciu przykazaniach" wspomnieć"), których ma się ochotę zaprosić na herbatę i pogadać z nimi o pogodzie i jakie ciastka najlepiej pasują, do kawy z mlekiem. To są urodzeni mordercy, że jak wieczorem (taa wieczorem) wracasz z imprezy, to na myśl o nich automatycznie, ze strachu, trzeźwiejesz.

  Z jednej strony filmy gdzie było kolorowo i miło, z drugiej współczesny wyostrzony realizm.

  Ale to nie  tylko te dwa filmy. "Władca pierścieni" - jasne biją się, ale wielu latających głów nie pamiętam. "Hobbit" - z założenia ekranizacja książki dla dzieci, gdzie co chwilę ktoś kogoś dekapituje, podpala i morduje jeszcze na sto innych, różnych, sposobów.  

  Właściwie o całym współczesnym kinie popularny można powiedzieć, że jakoś takie mroczne się zrobiło. Zamiast głaskać widza po głowie (jak to bywało jeszcze jakiś czas temu), stara się go doprowadzić do stanu, w którym po wyjściu z kina, właściwie zaczyna doceniać koloryt otaczającej rzeczywistości - że te wszechobecne, pstrokate reklamy to może nie są takie złe (no dobra, są okropne, ale chodzi mi o odbiór na linii kino- rzeczywistość). Bo w tym kinie to jakoś tak mrocznie było...

  Widać taka współczesna rola kina - kiedyś miało podkolorować rzeczywistość i widz szedł, żeby uciec od szarości. A teraz widz ma iść i zobaczyć, że wcale tak ładnie i jak z reklamy nie jest. I ma boleć nad losem nawet najczarniejszego charakteru - bo przecież i on miał swoje głębokie motywy (chomik mu uciekł, w Happy Mealu dali nie tę zabawkę) i nie był zły, żeby tylko być złym (jak to kiedyś bywało). Co dalej, sam nie wiem... może nadrealizm i Tusk w stroju mołdawskiego pastucha, cwałujący w stronę zachodzącego słońca na Jarosławie Kaczyńskim, przy dźwiękach największych przebojów Violetty Villas w wykonaniu zespołu Bayer Full z Grodzką na wokalu.

Klaps. The End. Koniec. 
  Kawałek Jacka White`a, o którym to wykonawcy się dowiedziałem, że ma polskie korzenie. Światła ma i lotna inteligencja mnie doprowadza do wniosku, że czyli jakby się w polszy urodził, to by był Jackiem Białym. Jacek zapowiedział się, że na trasę koncertową przyjedzie (tak trasę - chce zagrać u nas koncertów 10) i ja chcę Jacka kiedyś na żywca zobaczyć :) 

  








niedziela, 27 lipca 2014

perła w food tracku

Obejrzałem sobie ostatnio dwa filmy, które chciałbym polecić w ramach mojego jakże szacownego bloga.

Pierwszy to dokument p.t. "Vermeer wg Tima". Większość kojarzy Vermeera (jak nie kojarzy to wyjaśniam, że to niderlandzki malarz) z obrazu "Dziewczyna z perłą". Był zrobiony o tym obrazie, bardzo dobry film z młodziutką Scarlett Johanson. W każdym razie, jak dowiadujemy się z filmu Vermeer malował obrazy wręcz fotorealistyczne - mówi się, że "malował światłem". Tym to dziwniejsze, że po prześwietleniu okazało się, że na żadnym z jego obrazów nie ma szkiców (malarze zwykle sobie pomagali tworząc szkic i wypełniając go kolorem - u Vermeera brak na obrazach linii, które wskazywałyby, że stosował ta metodę). Wśród historyków sztuki powstało pytanie w jaki sposób Vermeer malował - część uważa, ze był geniuszem - ale pojawiły się głosy - że Vermeer stosował "technikę" w postaci odpowiednio ustawionych soczewek i luster - (w filmie jest to ciekawie pokazane jako wątpliwości czy takie postępowanie jest jeszcze sztuką czy też już nie).

To, że Vermeer mógł korzystać z ówczesnej technologii celem stworzenia swoich dzieł potwierdza  także fakt, że malarze w 17 wieku musieli najpierw odpowiednią ilość czasu terminować u innego mistrza a następnie dostawali dokument, że ów termin ukończyli i są kwalifikowanymi malarzami. Jeżeli chodzi o Vermeera nigdy nie udało się takich dokumentów odnaleźć (a wydaje się, że raczej powinny się zachować).

Drugim z głównych bohaterów filmu jest Tim Jenison. Milioner ze stanów, który jest owładnięty obsesją odkrycia w jaki sposób Vermeer malował swoje obrazy. I Tim spędza nad tym mnóstwo czasu - dokładnie mówiąc pięć lat. Na czym schodzi mu te pięć lat? Po pierwsze najpierw udaje mu się odkryć metodę, na podstawie, której malarz mógł tworzy. Następnie postanawia, nie będąc malarzem i nie mając pojęcia o malowaniu, namalować przy użyciu tejże techniki obraz Vermeera "Lekcja muzyki"... przy czym w pierwszej kolejności postanawia on zrekonstruować pokój, który namalował Vermeer łącznie z odtworzeniem jego wyposażenia. Czy mu się udało to polecam zobaczyć samemu. Dokument trwa 80 min i jest bardzo ciekawy - ogląda się go bez bólu.

Ciekawe w tym filmie jest także to, jak pasja może pochłonąć człowieka bez reszty - patrząc na Tima naprawdę zazdroszczę mu uporu i poświęcenia pięciu lat na zrobienie tego, co mu się tam w głowie umyślało...

Tutaj trailer:

Drugi z filmów to "Szef". Tutaj trailer:


 Jak zobaczyłem opis to pomyślałem sobie - ło rany kolejna amerykańska kupa, która obraża inteligencję i powoduje, że człowiek wychodzi z kina głupszy, niż do niego wszedł. Potem jednak zastanowiło mnie: po pierwsze - czemu ten film jest grany w kinach studyjnych, które zwykle bardzo dbają o dobór repertuaru, a po drugie - czemu w filmie zgodziły się wystąpić takie gwiazdy jak Dustin Hoffman, Robert Downey, Jr. (który ma tutaj epizodyczną. ale bardzo, bardzo zabawną rolę), Scarlett Johansson. Zatem stwierdziłem, że zaryzykuje 115 min. swojego życia. Co mi tam... wiadomo, że w tym czasie mógłbym robić jakieś pożyteczne rzeczy np. patrzeć się w sufit - ale pomyślałem, że jak będzie źle, to przynajmniej ostrzegę innych (taki ze mnie altruista - wynagrodzenie za mój altruizm proszę przelewać, na konto bankowe). Ale rozczarowałem się pozytywnie.

Film jest naprawdę dobry - to jeden z filmów z kategorii tzw. feel good movies. Czyli człowiek może sobie dla pocieszenia obejrzeć jak wszystko nie tak - skarbówka ściga, kot sąsiadów sra na balkon, samochód zepsuty etc. - po projekcji problemy oczywiście nie znikną, ale przynajmniej przez 2 godziny można się dobrze bawić. Obraz mimo swojej lekkości kładzie duży nacisk na analizę wpływu mediów społecznościowych na życie ludzi. Pokazuje zarówno jasne jak i ciemne strony facebooka, tweetera, smartfonów (telefony mądre tylko użytkownicy kretyni - sam mam więc to poniekąd autokrytyka). Konstatacja jest taka, że z mediami społecznościowymi jak z siekierą - można kogoś zarąbać, ale można przy jej pomocy zbudować dom.

Fabuła filmu opowiada o szefie kuchni, który przez media społecznościowe wpada w spore kłopoty. Nie chce pisać za dużo, bo fabuła jest ciekawa - dosyć przewidywalna, ale jednak ciekawa. Druga rzecz, która rzuca się w oczy (ale to już sztampowa rzecz dla tego rodzaju filmów) to pokazanie, że nie wszystko co złego rzuca na nas los, złe do końca zostaje w myśl zasady "nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło". Wiadomo, że rzeczywistość tak nie działa - ale też i ten film ma nieść pocieszenie - a nie dołować dokumentnie. Aha byłbym zapomniał. panów (i panie lubiące tą samą płeć) w filmie ucieszy obecność Sofii Vergary - która całkiem przyzwoicie tu gra - a ja miałem ją za kolejną pustą laseczkę, co gra jak wieszak i głównie popada w samozachwyt - nie widziałem jej w innych rolach, więc mam nadzieje, że to pozytywne odczucie się nie rozmyje przy najbliższej nadarzającej się okazji...

Film polecam - nie jest to arcydzieło, ale bardzo przyzwoity kawałek kina, który daje co nieco do myślenia. Może człowiek nie śmieje się, jak ZUS na widok wpływającej rzeki naszych pieniędzy - czyli do rozpuku, ale jednak parę zabawnych momentów w filmie jest i uśmiech na twarzy się pojawia. Także 115 min na seans nie uważam za stracone.

Aha... Soundtrack z filmu jest w sam raz na lato - dużo tam muzyki kubańskiej, która nadaje się pod grilla, czy tam inne atrakcje ze znajomymi, kiedy to słońce powoduje, że narzekamy na upał a nie na opady ;)




wtorek, 15 lipca 2014

samochody co się zmieniają

Polazłem do kina na "Transformery 4". Reżyser tegoż filmu,to niejaki Michał Zatoka (ewentualnie Michał Gniady) -z ang. zwany Michael Bay. Internety pełne są żartów z Michała - gdyż kiedy spojrzy się na filmografię tego reżysera to jedynie co widzimy to serię "dzieł" wypełnionych seriami eksplozji, wybuchów etc etc. Michał jednak swoje dzieła tworzyć może, bo też i jest producentem kasowym - bo ludzie wchodzą do kina, oglądają wybuchy i się cieszą jak nie przykładając pijany na widok monopolowego (nie zrozumcie mnie źle - sam do kina chodzę i się odmóżdżam na takich filmach). W każdym razie Michał nakręcił już filmów o robotach sztuk 3. Film nr 3 zamykał trylogię i miało być, że już dość, że już nigdy więcej i generalnie oddalcie się, bo będę gryzł.

Aleeeeeee ponieważ najprostszym sposobem na rozśmieszenie Boga jest opowiedzenie mu o swoich planach - to Michał nakręcił właśnie czwartą część o łobotach, mającą być w założeniu nową serią - która jednakże do poprzednich części nawiązuje. Zmienili się ludzcy bohaterowie (którzy nie ma się co oszukiwać, nigdy specjalnie ważni w tych filmach nie byli - jednak jest standardowo - ładna dziołszka, bohater męski, bohater zabawny), ale i tak najważniejsze są roboty zmieniające się w pojazdy - a te Michałowi wyszły, że tak powiem z młodzieżowa - cool.

Roboty te  próbują wygłaszać jakieś sentencje (mające być fabułą) zresztą tak jak i aktorzy grający w tym filmie. Niestety fabuła boli. Boli bardzo mocno. Boli tak mocno, że czasem ból ten jest bólem fizycznym. Z drugiej strony jak ktoś oczekiwał Faulknera albo Dostojewskiego - no to niestety nie ten adres. Tutaj się szczela, wybucha etc. ewentualnie obrywa się po robocim ryju. Dlatego aby można się było cieszyć z tego filmu konieczny jest ogrooooooooooooommmmny dystans. Należy wyłączyć logikę, nie analizować "fabuły", nie starać się zrozumieć motywacji bohaterów jak i nie doszukiwać się jakiejkolwiek racjonalności w ich działaniach. Nie należy roztrząsać dlaczego główny bohater szczela z miecza przez pół filmu - roztrząsanie takie prowadzić będzie jedynie do rozczarowań, egzystencjalnej pustki, popcorn przestanie smakować a świat wyda się szary...

Co prawda Michał i jego dziarski scenarzysta próbują wkładać jakieś ważkie problemy w fabułę (kontrola jednostki przez rząd i tajne rządowe akcje przeprowadzane bez wiedzy obywateli, manipulacja informacjami, problemy moralne rozwoju technologicznego kosztem innych istot - tutaj roboty - na siłę można by się doszukiwać analogii do eksperymentów na zwierzętach). Ale proszę Was - nie w takim filmie. Tutaj nie ma czasu - nawet jeżeli widzowi przez moment, chwilę krótką, uda się zamyślić nad sprawami etyki i moralności, to zaraz z zamyślenia zostanie wyrwany przez robota z mieczem jadącego na robocie- dinozaurze ziejącym ogniem.

Co do efektów specjalnych i pomysłu na nie, to Michałowi nigdy nie można było odmówić talentu. Tutaj też mu go nie brakło. Roboty walczą tak, że ło rannnnnyyy - wszystko wybucha, latają naboje, roboty się transformują - no generalnie takie cuda wianki, że głowę urywa. Oczywiście poziom nieprawdopodobieństwa jest tak wysoki, że... że.... że..... a co ja będę się rozpisywał - wiadomo - logikę należy wyłączyć. 

Film nakręcono w modnym ostatnio stylu "dla każdego coś miłego". Widz, który z komiksami i całym uniwersum nie miał za dużo wspólnego będzie zadowolony, bo nic go nie przerośnie - wszystko wytłumaczono - co, jak, kto i po co. Widz, który z komiksami miał więcej wpsólnego będzie miał radochę w zauważaniu tzw. "smaczków". 

Na pewno to nie jest film wysokich lotów. To jest po prostu kolejny letni hit kinowy, po którym idzie się na piwo. A na następny dzień człowiek nawet nie bardzo pamięta co oglądał. Po miesiącu zapominamy "fabułę". A za rok oglądamy z przyjemnością jeszcze raz w TV.

wtorek, 9 kwietnia 2013

poczuj się dobrze film

Dzisiejszy wpis chciałbym zacząć od początku. Jest to rozwiązanie dziwne i raczej niespotykane. Zwykle przecież zaczyna się od środka. Popularne jest też zaczynanie od końca, czyli od dupy strony. Jeszcze bardziej popularne jest niezaczynanie w ogóle lub też kończenie zanim się na dobre zaczęło. Dlatego też zacznę od początku.

U naszych dalekich pobratymców z chroniczną nadwagą z państw zjednoczonych w ameryce, dla których istniejmy i tak jako zbiorowość określana jako tzw. JUROP (oficjalnie zasłyszane ostatnio od poznanego hamerykanina) powstał, w świętym lesie, pewien gatunek filmów. Filmy te nazywane są z angielska (bo taka jak na razie mowa w tym kraju dominuje, ale jest parę nacji które pracuje usilnie żeby to zmienić) feel-good movies. W naszej ojczystej mowie, pobrzmiewającej szumem husarskich skrzydeł, brak jest jednak odpowiedniego tłumaczenia, gdyż nasz przemysł filmów popularnych (czyli nie że sztuka pełnym ryjem tylko coś, żeby się po tej kolacji z ukochaną nie porzygać z uwznioślenia) opiera się na produkcjach o zacięciu martylorogiczno-cierpiętniczym, bądź też o głupie produkcje komedio-podobne. Ewentualnie o średnio udane próby zrobienia czegoś innego, aczkolwiek wydaje się że w tych innych próbach tak naprawdę nikt nie wiedział co chce zrobić.

Dlatego też tłumacząc wprost wyszłoby chyba, że najbliżej i najlepiej nazwać TO TO filmami dobrego samopoczucia. 

Po cóż się takie filmy kręci? Otóż po to, żeby w znoju i gnoju dnia codziennego zobaczyć coś, co ma uwypuklić, że jednak jakieś tam promyczki słońca się pojawiają. Może niewiele, ale zawsze.....

I tu chciałem przedstawić, pokrótce moją listę osobistą 3 filmów, które lubię i które do omawianej kategorii należą (przynajmniej tak mi się wydaje):

3. "Pasja" a więc w filmie tym Rzymianie...... dobra żartowałem :)

będą dwa filmy:

"Garden State" (ktoś mądry przetłumaczył to na Powrót do Garden State - niech będzie ale to dołożenie Powrót naprawdę było, moim skromnym zdaniem, zbędne). Film jest o powrocie do domu, osobnika pewnego, który zrobił "kariera" w świecie bo pojawił się w jednej dobrze rozpoznawalnej produkcji po czym jego kariera utknęła. Osobnik ów wraca do domu na pogrzeb  matki. Jak się później dowiadujemy jest także, począwszy od wieku lat 9, na prochach stabilizujących (czytaj: minimalizujących) odczuwane emocje. Cóż można robić powróciwszy do domu po długiej nieobecności? Ano imprezuje się z kumplami. No i w historii musi pojawić się kobieta (tutaj w osobie postaci zagranej świetnie przez Natalie Portman). Wszystko oczywiście, zgodnie z zasadą gatunku, zmierza do szczęśliwego finału. Humor w fabule nie jest taki, żeby boki zrywać ale jednak nastrój poprawia (przynajmniej mnie) skutecznie. Ale cóż ja się będę pocił skoro jeden obraz mówi za tysiąc słów. Poniżej trailer:



Drugi filmem jest "Lost in translation" (przetłumaczone już z większą weną na "Między słowami"). Film, który albo się uwielbia albo ma się go kompletnie gdzieś (czyli nie że nienawiść, ale chyba odczuwa się jeszcze gorsze uczucie obojętności). Ja w każdym razie film ten lubię niezmiernie. Po pierwsze, gdyż akcja umieszczona jest w Japonii, do której zamierzam prędzej czy później pojechać i jak konto pozwoli to mam nadzieje, że więcej niż raz. Po drugie, gra tam jeden z moich ulubionych aktorów tj. Bill Murray, którego kreacja podstarzałego aktora po latach świetności kręcącego reklamówki w Tokio, jest doskonała. Po trzecie - za fabułę i klimat, które może i wloką się leniwie ale jak człowiek się wczuje to jednak nawet nie zauważy jak mu ten czas projekcji minął. A o czym jest sam film? Można powiedzieć, że to standardowa historia miłosna tylko że pokazana w krzywym zwierciadle. Bo też i głównych bohaterów dzieli wszystko, począwszy od wieku i bagażu doświadczeń, a skończywszy na pozycji społecznej. I coś co byłoby pewnie niezłym materiałem na głupawa komedię romantyczną tutaj zamienia się w portret dwojga ludzi, którzy są na życiowych zakrętach. Ale nie że przez jakieś tragedie, traumy i piekła. Ot po prostu - jak to w życiu bywa przychodzi moment kiedy człowiek sobie uświadamia, że nie wie gdzie jest. I ten zakręt życiowy dwójkę ludzi zbliża, ale bez żadnego taniego romansidła - film jest naprawdę bardzo subtelny (rany skąd ja znam to słowo :D). Zakończenie jest słodko-gorzkie, ale oczywiście nie walnę spoilera... W każdym razie polecam zarówno film jak i ścieżkę dźwiękową do niego, której ja słucham bardzo często bo i zacna muzyka została do filmu wybrana.


Tym też kończę moje grafomaństwo w dniu dzisiejszym :) na koniec kawałek z OST z Garden State który także zacnym jest i go polecam :)